Data: 06.07.2015
Autor: Beata Branicka

Nowa aranżacja kolekcji MMA

Od 28 maja na emporze ponownie można oglądać prace z kolekcji MMA w Huenfeld, podarowanej przez założyciela Galerii EL, Gerarda Kwiatkowskiego w 2011 r.

O nowej aranżacji pisze Anna Machnij, nasza praktykantka, studentka Historii Sztuki na Uniwersytecie Gdańskim:

"Wraz z otwarciem 28 Salonu Elbląskiego, ukazującego prace artystów miejscowych, na emporze zaprezentowano nową aranżację prac z Kolekcji Sztuki Geometrycznej z Museum Modern Art Hünfeld. Zbiór ten, w formie depozytu, jest darem Gerarda Kwiatkowskiego, który ze swojej kolekcji przekazał ponad 200 prac. W nowych odsłonach Kolekcja przestawiana jest kilka razy w roku. Dominuje w niej zamysł matematyczny i intelektualizm, objawiający się w sztuce konkretnej i minimalistycznej.

W obecnej odsłonie zaprezentowane zostały prace takich artystów, jak: Rupprecht Geiger, Kurt Teuscher, Piet van Zon, Gabriele Eckardt, Gert Gekeler, Richard Paul Lohse, Christian Roeckenschuss, Peter Staechelin, Jean-Pierre Husquinet, Iris Roersch, Ryszard Winiarski, Apoloniusz Węgłowski, Rudolf Valenta, Gerhard Meiling, Rity Jansen-Heijtmajer, Beppe Bonetti, Stanisław Drożdż, Jan Chwałczyk, Rolf Hegetusch, Alfons Kunen, Kill. S. Jung, Ina von Jan, Jerzy Grochocki, Yahya Gaber Youssef, Julian Gil, Jerzy Kałucki, Zbigniew Dłubak, Emil Müller oraz Mieczysław Wiśniewski.
Podstawowym kryterium w wyborze prac do aranżacji stał się minimalizm, dominacja linii prostych i geometrycznych płaszczyzn. Zaprezentowane zostały również rozmaite techniki: od płócien przez obiekty wykonane z plastiku czy pleksi, aż po prace wykonane za pomocą wosku. Wystawa podzielona jest na dwie części – na pierwszym piętrze empory dominuje kolor, dynamika i ruch, na drugim – natomiast zostały wyselekcjonowane dzieła, głównie monochromatyczne, stonowane, w ogólnym oglądzie przygnębiające, skłaniające do refleksji.
Na początku wędrówki po wystawie uderzają widza mocne kolory. Określiłabym tę część ekspozycji trzema słowami: kolor, dynamika, nowoczesność. W zależności od miejsca, w którym stoimy, ukazują nam się inne obiekty, a przez zmianę aranżacji przestrzeni wystawa „żyje”. Przy wejściu na wystawę umieszczono obiekty o mocnych, nasyconych barwach, można by powiedzieć „cukierkowych”. Naszą wędrówkę po wystawie zaczynamy od obrazu Rupprechta Geigera, w którym nasycenie sięgnęło zenitu, a w oczy „biją” fluorescencyjne żółcie i róże. Stopniowe obniżenie nasycenia, poprzez umieszczenie obrazów, w których etapami dodano kolor czarny sprawia, że widz chce dalej je odkrywać. Obrazy, które z zamysłem artysty powieszono ukośnie, sugerują dynamikę, a mistrzowsko dobrane dzieła, w każdym miejscu Kolekcji, korespondują ze sobą i zyskują dodatkowe znaczenia. W ostatnim płótnie – pracy Apoloniusza Węgłowskiego, czerń przenika się z innymi barwami, sugerując inspirację przenikania światła i cienia. Góruje ono nad całym piętrem i widać je wyraźnie z każdego miejsca, przez co określa całą aranżację. Wybór prac na ekspozycję jest przemyślany od początku do końca, rozmieszczenie dzieł w pewien sposób opowiada o kolorze, pokazuje także, jak ten kolor się „wypala” i blednie, by w aranżacji drugiego piętra zniknął prawie całkowicie. Poprzez proste formy kolor znajduje się na pierwszym miejscu.
Atmosfera panująca na drugim piętrze jest zupełnie inna od tej, która panuje na pierwszym poziomie wystawy. Widz nie zderza się z kolorami, natomiast otaczają go głównie szarości, przełamane jedynie pojedynczymi refleksami barw. Ta część Kolekcji skłania do kontemplacji, sprawia, że widz po obejrzeniu pierwszej części, dynamicznej i kolorowej, zmuszony jest „wrócić do rzeczywistości". Mnie najbardziej spodobała się aranżacja wyodrębnionej przestrzeni, w której umieszczono dwa obrazy Beppe Bonetti, korespondujące ze sobą, prawdopodobnie stworzone jako dyptyk. Umieszczono je naprzeciw siebie. Całość dopełnia tryptyk Stanisława Drożdża, znaki zapytania i wykrzykniki. Jedynymi kolorami w tej przestrzeni są: czerwona kreska, która kojarzy się z krwią oraz zielona, która nasuwa skojarzenie z obrazem tętna, widocznym na sprzęcie medycznym. Kreska określa, czy człowiek żyje, czy umiera. Jednak linia nie jest idealnie prosta, człowiek walczy. Nasuwają się skojarzenia z treściami wanitatywnymi, określającymi powolne, nieustanne tracenie życia, bądź z gwałtownością śmierci. Prace Beppe Bonetti zestawione zostały z tryptykiem Dróżdża, ze znakami zapytania i wykrzyknikami, nakazującymi zatrzymać się i przemyśleć. Wprowadzenie tryptyku sprawia, że cała kompozycja zyskuje treści transcendentne. Uderza ona swoją wymownością, a im dłużej ogląda się te obiekty, tym bardziej przygnębiające myśli przychodzą do głowy. Relacje między dziełami oraz ich korespondencja z widzem, jest moim zdaniem obrazem współczesnego „memento mori".
Pozostałe obiekty na drugim piętrze są różnorodne pod względem techniki wykonania. Poza tradycyjnymi płótnami spotykamy się z reliefami geometrycznymi oraz z zastosowaniem wosku w obiektach. Prace z woskiem, stworzone przez Rolfa Hegetuscha, wyglądają jak uwięzione formy, przykryte warstwą powietrza, które chcą „wydostać się" z ram. Natomiast dwa uzupełniające się reliefy Mieczysława Wiśniewskiego, stwarzają wrażenie ruchu, przypominające wir uciekającej wody.
Widoczna w całej wystawie fascynacja barwą i płaszczyzną, ale także zastosowanie niecodziennych materiałów, takich, jak, wosk czy plastik, sprawia, że widz styka się z czymś niecodziennym, wyjątkowym. Największym zaskoczeniem był dla mnie widoczny odcisk palca (być może któregoś z widzów), zostawiony w pracy Rolfa Hegetuscha.
Uważam, że wystawa jest spójna i ciekawa, wprowadza dynamikę, by za chwilę postawić znak „stop", nakazując się zatrzymać. Sprawia to, że widz nie jest znudzony, ekspozycja nie pozwala na monotonię w percepcji. W wystawie opowiedziana zostaje historia barwy, od wybuchu nasycenia, dynamiki i ruchu, po stopniowe pojawienie się cienia, by w końcowej części szarość zdominowała wszystko."